WALERIA - Walercia, zwana Wtorek
Była trzecią z kolei córką, zaraz po Wandzi i Jańci .
Najbardziej krucha i delikatna ze wszystkich sióstr, najbardziej, niestety, chorowita. Wystarczyło byle co a już Walercia mdlała. Po skończeniu gimnazjum dla panien nie poszła do pracy, została w domu
...
klasa Walerii w złoczowskim gimnazjum
Pasją panny Walerci były kapelusze, i te duże i obłoczne, jak mówi
poetka, i te małe, tuż przy głowie, z fantazyjną elegancją. Bez kapelusza
Waleria nie ruszała się z domu. Była subtelna, delikatna, romantyczna ...
i jak na romantyczną pannę przystało dosyć wcześnie zakochała się bez pamięci w
pewnym bardzo przystojnym nauczycielu. Nauczyciel, o imieniu Jan,
odwzajemniał to płomienne uczucie, bywał w domu i zaczął nawet oficjalnie
"kandydować do ręki panny".
I tu sielanka się skończyła - Pradziadzio Franciszek wkroczył do
akcji i ręki kawalerowi odmówił, cóż - w jego pojęciu nauczyciel to nie była
wystarczająco dobra partia dla córki.
Jan zrozpaczony wyjechał na Litwę, po roku ożenił się z
nauczycielką a po paru miesiącach popełnił samobójstwo.W kieszonce marynarki
Jana znaleziono rożki drożdżowych rogalików ... te rogaliki podawała Walercia do
herbaty na proszonych podwieczorkach. Ech - łza się w oku kręci.
Waleria długie lata nie mogła zapomnieć o ukochanym Janku. Pewnie w sercu został jej do końca życia ...
Wyszła za mąż dopiero w wieku 27 lat. Inny, zakochany po uszy
młodzian, Romuald, śpiewał wieczorami serenady pod jej oknami. Śpiewał,
śpiewał - no i wyśpiewał ... roztopił serduszko mojej kochanej Babci Walerii. .A że kawaler pracował w sądzie, tak jak pradziadziu Franciszek,
to bez kłopotu dostąpił zaszczytu i rękę panny otrzymał.
Mój Dziadziu ... właściwie to wychowałam się przy Nim.
To On pokazał mi
swój, utracony świat - lepiej znałam wtedy ulice Lwowa niż Warszawy, to On
opowiadał mi o naszej historii, o wojnach, o zaborach, o bohaterstwie, o
honorze, a ja chłonęłam jak gąbka.
To było inne pokolenie niż my , bardziej zahartowane. Dziadziu przeżył
dwie wojny i obóz w Kowlu. Opowiadał, że
najstraszliwszą walką, jest walka na białą broń. Moment wbicia bagnetu w
ciało wroga nie da się z niczym porównać! Jak bardzo byłby zdziwiony, gdyby
dożył dzisiejszych czasów. Dzisiaj dzieci wbijają nóż w ciało kolegi - ot tak
sobie.
Pierwszy synek Walerii i Romualda żył tylko kilka dni.
Potem na świat przyszła Danusia, śliczna dziewczynka z kręconymi włoskami,ważyła prawie 6 kilo.
Danusia, moja mamusia, była jedynaczką, kochaną i hołubioną nie tylko przez rodziców ale przez dziadków i wszystkie cioteczki.

Złoczów, ulica Legionów, 1939 rok
Waleria, Romualda i mała Danusia
Mała Danusia bawiła się w ogrodzie - popatrz Tatuś srebrne cygara z nieba lecą ! Cygara spadły, miały zapach fosforu.
Tamten piękny i wolny świat przestał istnieć.
Wolność zniknęła jak bańka mydlana.
Nadeszły ponure czasy okupacji.
Najpierw przyszli Rosjanie.
Moi Dziadkowie, Wala i Romek, z pięcioletnią Danusią, mieszkali wtedy w
kamienicy, naprzeciwko gmachu policji. W tej samej kamienicy mieszkali
Pradziadkowie Ludwika i Stanisław. Oczywiście gmach policji natychmiast stał
się siedzibą NKWD.
Romek od razu zaczął organizować samoobronę, jeździł po okolicznych
wioskach, zbierał ludzi, formował oddział, spotykali się w mieszkaniu Dziadków
zgodnie z zasadą, że najciemniej pod latarnią. To były takie zaczątki oddziału
AK. Danusia zapamiętała wejście wojska rosyjskiego. Mali, ciemni, skośnoocy, z
dzidami albo z karabinami na sznurkach i te czapki z dziwnymi czubkami. Mówiło
się na nich ciubaryki. W pamięci dziewczynki został bardzo charakterystyczny
zapach skóry, butów, nie zmienianych onuc jakiegoś szuwaksu, zapach szedł za
wojskiem i zostawał jeszcze na długo.
Zaczęły się zsyłki na Sybir.
I pradziadziu Stasiu i dziadziu Romek pracowali wtedy w sądzie. Rosjanie
przychodzili nocą. Łomotali karabinami do drzwi a potem pod ścianę, kilka minut
na zabranie rzeczy i przed siebie do wagonu z dziurą wyciętą w środku a wagonem,
w towarzystwie trupów, na białe niedźwiedzie. Zabrali tylko Stasia bo Romka nie
było w domu. Prababcia Ludwika zamieszkała z Dziadkami.
A potem przyszli Niemcy.
Gmach NKWD zamienił się w gmach Orstkomando. Zebrania w mieszkaniu Dziadków
odbywały się nadal ale nie były to już zebrania samoobrony tylko prawdziwego
oddziału AK utworzonego z okolicznych chłopów.
W tym czasie Niemcy postanowili pozbyć się mieszkających pod nosem Polaków a
że właśnie z getta wywieźli Żydów do Bełżca to mieszkańców kamienicy Dziadków
przesiedlili do getta. Wala Romek i Danusia przenieśli się w to straszne
miejsce, zabrali ze sobą prababcię Ludwikę.
Z tych czasów Danusia wspomina szczególnie jeden moment, kilku Żydów schowało
się na dachu najwyższego budynku, Niemcy nie mogli ich dosięgnąć więc budynek
podpalili Żydzi się nie poddali, spłonęli żywcem.
Mała Danusia siedziała na oknie i patrzyła jak płonie getto, nie zdawała
sobie sprawy co się dzieje. Wala dała jej chleb posmarowany odrobiną smalcu na
który pokruszyła ugotowane jajko. Był straszny głód. Nigdy już potem Danusia nie
jadła niczego tak smacznego, jak ten chleb z jajkiem. Do tej pory moja Mamusia
nie pozwala marnować daru, jakim jest jedzenie i całuje chleb, który upadł na
podłogę.
Podczas jednej z akcji Niemcy schwytali Romka i wsadzili go do więzienia,
które w tym czasie, znajdowało się na Zamku Sobieskiego.
W czasie, gdy Romek siedział, Wala musiała zająć się przetrwaniem rodziny, za
worek ziemniaków czy bochenek chleba wymieniała wszystko, co mieli, biżuterię,
futra, obrazy, sukienki … to była waluta za którą wtedy można było głód
przetrwać. Gdy już wysprzedała wszystko życie w getcie zrobiło się niemożliwe.
Romek, który pracował w sądzie miał wielu przyjaciół sędziów, żona jednego z
nich zabrała Walę, Ludwikę i Danusię do swojej willi. W willi zamieszkał też
poważny radca sądowy i ksiądz staruszek. Głód był coraz większy. Danusia
wspomina ślicznego królika , biała agorę, z którym się bawiła, Królika zjedli,
nikt nie potrafił go zabić więc w końcu zdesperowany ksiądz jakoś udusił
zwierzaka. Wala nabawiła się tyfusu więc Danusia została sama z babcią
staruszką.
Znów nadchodzili Rosjanie i Niemcy potrzebowali okopów. Do kopania rowów
używali więźniów z pobliskiego Zamku. W czasie nalotu kilku więźniom udało się
zbiec, wśród zbiegów był Romek.
Rosjanie nadeszli, przetoczyli się przez Złoczów jak barbarzyńska fala.
Łapanki były wtedy codziennością, podczas jednej Romek wpadł.
Tym razem wywieźli Go do obozu w Kowlu.
Tak wyglądał ten silny i postawny mężczyzna
po powrocie z obozu.
Z Kowla Romek nie uciekł, cudem zdarzyła się inspekcja międzynarodowej
komisji Czerwonego Krzyża, badali więźniów, u Romka stwierdzili anginę pectoris
i nakazali Rosjanom wypuszczenia chorego.
Wracał do domu na zderzaku pociągu, zarośnięty, z oberwaną nogawką spodni, na
całym ciele pod skórą gnieździły się wszy.
Gdy nocą zapukał do okna Wala zemdlała ze strachu, że zbir. Nie poznała
swojego męża.
A potem był koniec wojny.
Zostali w Złoczowie najdłużej jak się dało. Ostatnim transportem, w bydlęcym
wagonie, wyjechali do nowej ojczyzny głęboko w sercu zachowując tę pierwszą.
Już Nigdy nie dano Im było zaśpiewać Jej
„Ojczyznę wolną pobłogosław Panie”
***