środa, 27 lipca 2016

LASIA

moja Ciocia Zosia … dziewczynka z długimi warkoczami, skromna panienka z rodzinnej fotografii … ulubienica Dziadzia Franciszka … śmieszka, która kiedyś, dla żartu, obcięła śpiącemu Dziadziowi jego piękny, wypielęgnowany, sumiasty wąs …
          
przed wojną skończyła seminarium nauczycielskie i zaraz po ślubie wyjechała uczyć dzieci w niewielkiej wiosce koło Złoczowa … to była Huta Pieniacka albo Huta Werchobuska, nie pamiętam dokładnie … Ciocia była dobra, zawsze pogodna, z miejsca zaskarbiła sobie szacunek mieszkańców … Ale przyszły straszne czasy … często wujek, który był kierownikiem szkoły, wyjeżdżał a Ona sama … z trójką dzieci …  Pewnego wieczora stary Ukrainiec zapukał do drzwi mieszkania … poprosił, by Zosia o nic nie pytała , zabrała dzieci i parę niezbędnych rzeczy … a potem, pod osłoną nocy, wywiózł całą czwórkę do rodziny, do Złoczowa … Rano okazało się, że banderowcy spędzili wszystkich Polaków do stodoły a potem żywcem podpalili … spłonęła cała wieś, z płomieni matki wyrzucały dzieci przez okna a potem patrzyły jak te dzieci nadziewane są na bagnety… wtedy spaliła się przyjaciółka Cioci …
          
a taką Ciocię to już ja pamiętam z dzieciństwa … co roku przyjeżdżaliśmy na wakacje do Sopotu … Ciocia mieszkała nad samym brzegiem morza … z okna naszego pokoju oglądałam wschody i zachody słońca i statki na horyzoncie …. na plażę biegaliśmy boso, w kąpielówkach … dróżka przez ogródek, przecięcie promenady i już wejście na dziką plażę … na plaży suszyły się sieci i pełno było czarnych muszli … Ciocia była bardzo dobra, łagodna, taka nie na dzisiejszy świat. Wszystkie dzieci wprost Ją uwielbiały i, nie da się ukryć, wyłaziły Jej na głowę … a Ona ze stoickim spokojem zgadzała się na zasypane piaskiem schody, wiaderka w wannie, hodowlę rybek i meduz pod rynną w ogrodzie … wynosiła nam na plażę gorący bób i kupowała lody na patyku … wszyscy mówili do niej Lasia …
Ciocia pięknie śpiewała i grała na fortepianie … zawsze była zadbana, uczesana, pięknie ubrana … romantyczna … chodziła z głową w chmurach … jakby rzeczywistość nie była w stanie jej przydeptać … jakby zło nie miało do niej dostępu …
Ciocia Zosia … Lasia … wspomnienie mojego cudownego dzieciństwa …

piątek, 4 października 2013

WALERIA

moja Babcia

                     
WALERIA - Walercia, zwana Wtorek 
 ur.1903r, rm.1959r 
    
Była trzecią z kolei córką, zaraz po Wandzi i Jańci .
Najbardziej krucha i delikatna ze wszystkich sióstr, najbardziej, niestety, chorowita. Wystarczyło byle co a już Walercia mdlała. Po skończeniu gimnazjum dla panien nie poszła do pracy, została w domu ...

              
                    
 klasa Walerii w złoczowskim gimnazjum

Pasją panny Walerci były kapelusze, i te duże i obłoczne, jak mówi poetka, i te małe, tuż przy głowie, z fantazyjną elegancją. Bez kapelusza Waleria nie ruszała się z domu. Była subtelna, delikatna, romantyczna ... i jak na romantyczną pannę przystało dosyć wcześnie zakochała się bez pamięci w pewnym bardzo przystojnym nauczycielu. Nauczyciel, o imieniu Jan, odwzajemniał to płomienne uczucie, bywał w domu i zaczął nawet oficjalnie "kandydować do ręki panny".
I tu sielanka się skończyła - Pradziadzio Franciszek wkroczył do akcji i ręki kawalerowi odmówił, cóż - w jego pojęciu nauczyciel to nie była wystarczająco dobra partia dla córki.
Jan zrozpaczony wyjechał na Litwę, po roku ożenił się z nauczycielką a po paru miesiącach popełnił samobójstwo.W kieszonce marynarki Jana znaleziono rożki drożdżowych rogalików ... te rogaliki podawała Walercia do herbaty na proszonych podwieczorkach. Ech - łza się w oku kręci.
Waleria długie lata nie mogła zapomnieć o ukochanym Janku. Pewnie w sercu został jej do końca życia ...
Wyszła za mąż dopiero w wieku 27 lat. Inny, zakochany po uszy młodzian, Romuald, śpiewał wieczorami serenady pod jej oknami. Śpiewał, śpiewał - no i wyśpiewał ... roztopił serduszko mojej kochanej Babci Walerii. .A że kawaler pracował w sądzie, tak jak pradziadziu Franciszek, to bez kłopotu dostąpił zaszczytu i rękę panny otrzymał.

mój Dziadziu

                        

ROMUALD - Romek
ur.1898r, zm.1971r

Mój Dziadziu ... właściwie to wychowałam się przy Nim.
To On pokazał mi swój, utracony świat - lepiej znałam wtedy ulice Lwowa niż Warszawy, to On opowiadał mi o naszej historii, o wojnach, o zaborach, o bohaterstwie, o honorze, a ja chłonęłam jak gąbka.
To było inne pokolenie niż my , bardziej zahartowane. Dziadziu przeżył dwie wojny i obóz w Kowlu. Opowiadał, że najstraszliwszą walką, jest walka na białą broń. Moment wbicia bagnetu w ciało wroga nie da się z niczym porównać! Jak bardzo byłby zdziwiony, gdyby dożył dzisiejszych czasów. Dzisiaj  dzieci wbijają nóż w ciało kolegi - ot tak sobie.

          

Pierwszy synek Walerii i Romualda żył tylko kilka dni.
Potem na świat przyszła Danusia, śliczna dziewczynka z kręconymi włoskami,ważyła prawie 6 kilo.
Danusia, moja mamusia, była jedynaczką, kochaną i hołubioną nie tylko przez rodziców ale przez dziadków i wszystkie cioteczki.


      

Złoczów, ulica Legionów, 1939 rok
Waleria, Romualda i mała Danusia

Mała Danusia bawiła się w ogrodzie - popatrz Tatuś srebrne cygara z nieba lecą ! Cygara spadły, miały zapach fosforu.
Tamten piękny i wolny świat przestał istnieć.

Wolność zniknęła jak bańka mydlana.
Nadeszły ponure czasy okupacji.

Najpierw przyszli Rosjanie.
Moi Dziadkowie, Wala i Romek, z pięcioletnią Danusią, mieszkali wtedy w kamienicy, naprzeciwko gmachu policji. W tej samej kamienicy mieszkali Pradziadkowie Ludwika i Stanisław.  Oczywiście gmach policji natychmiast stał się siedzibą NKWD.
Romek od  razu zaczął organizować samoobronę, jeździł po okolicznych wioskach, zbierał ludzi, formował oddział, spotykali się w mieszkaniu Dziadków zgodnie z zasadą, że najciemniej pod latarnią. To były takie zaczątki oddziału AK. Danusia zapamiętała wejście wojska rosyjskiego. Mali, ciemni, skośnoocy, z dzidami albo z karabinami na sznurkach i te czapki z dziwnymi czubkami. Mówiło się na nich ciubaryki. W pamięci dziewczynki został bardzo charakterystyczny zapach skóry, butów, nie zmienianych onuc jakiegoś szuwaksu,  zapach szedł za wojskiem i zostawał jeszcze na długo.

Zaczęły się zsyłki na Sybir.
I pradziadziu Stasiu i dziadziu Romek pracowali wtedy w sądzie. Rosjanie przychodzili nocą. Łomotali karabinami do drzwi a potem pod ścianę, kilka minut na zabranie rzeczy i przed siebie do wagonu z dziurą wyciętą w środku a wagonem, w towarzystwie trupów, na białe niedźwiedzie. Zabrali tylko Stasia bo Romka nie było w domu. Prababcia Ludwika zamieszkała z Dziadkami.

A potem przyszli Niemcy.
Gmach NKWD zamienił się w gmach Orstkomando.  Zebrania w mieszkaniu Dziadków odbywały się nadal ale nie były to już  zebrania samoobrony tylko prawdziwego oddziału AK utworzonego z okolicznych chłopów.
W tym czasie Niemcy postanowili pozbyć się mieszkających pod nosem Polaków a że właśnie z getta wywieźli Żydów do Bełżca to mieszkańców kamienicy Dziadków przesiedlili do getta. Wala Romek i Danusia przenieśli się w to straszne miejsce, zabrali ze sobą prababcię Ludwikę.
Z tych czasów Danusia wspomina szczególnie jeden moment, kilku Żydów schowało się na dachu najwyższego budynku, Niemcy nie mogli ich dosięgnąć więc budynek podpalili Żydzi się nie poddali, spłonęli żywcem.
Mała Danusia siedziała na oknie i patrzyła jak płonie getto, nie zdawała sobie sprawy co się dzieje. Wala dała jej chleb posmarowany odrobiną smalcu na który pokruszyła ugotowane jajko. Był straszny głód. Nigdy już potem Danusia nie jadła niczego tak smacznego, jak ten chleb z jajkiem. Do tej pory moja Mamusia nie pozwala marnować daru, jakim jest jedzenie i całuje chleb, który upadł na podłogę.

Podczas jednej z akcji Niemcy schwytali Romka i wsadzili go do więzienia, które w tym czasie, znajdowało się na Zamku Sobieskiego.
W czasie, gdy Romek siedział, Wala musiała zająć się przetrwaniem rodziny, za worek ziemniaków czy bochenek chleba wymieniała wszystko, co mieli, biżuterię, futra, obrazy, sukienki … to była waluta za którą wtedy można było głód przetrwać. Gdy już wysprzedała wszystko życie w getcie zrobiło się niemożliwe. Romek, który pracował w sądzie miał wielu przyjaciół sędziów, żona jednego z nich zabrała Walę, Ludwikę i Danusię do swojej willi. W willi zamieszkał też poważny radca sądowy i ksiądz staruszek. Głód był coraz większy. Danusia wspomina ślicznego królika , biała agorę, z którym się bawiła, Królika zjedli, nikt nie potrafił go zabić więc w końcu zdesperowany ksiądz jakoś udusił zwierzaka. Wala nabawiła się tyfusu więc Danusia została sama z babcią staruszką.

Znów nadchodzili Rosjanie i Niemcy potrzebowali okopów. Do kopania  rowów używali więźniów z pobliskiego Zamku. W czasie nalotu kilku więźniom udało się zbiec, wśród zbiegów był Romek.
Rosjanie nadeszli, przetoczyli się przez Złoczów jak barbarzyńska fala. Łapanki były wtedy codziennością, podczas jednej Romek wpadł.
Tym razem wywieźli Go do obozu w Kowlu.


              

Tak wyglądał ten silny i postawny mężczyzna
po powrocie z obozu.

Z Kowla Romek nie uciekł, cudem zdarzyła się inspekcja międzynarodowej komisji Czerwonego Krzyża, badali więźniów, u Romka stwierdzili anginę pectoris i nakazali Rosjanom wypuszczenia chorego.
Wracał do domu na zderzaku pociągu, zarośnięty, z oberwaną nogawką spodni, na całym ciele pod skórą gnieździły się wszy.
Gdy nocą zapukał do okna Wala zemdlała ze strachu, że zbir. Nie poznała swojego męża.

A potem był koniec wojny.
Zostali w Złoczowie najdłużej jak się dało. Ostatnim transportem, w bydlęcym wagonie, wyjechali do nowej ojczyzny głęboko w sercu zachowując tę pierwszą.

Już Nigdy nie dano Im było zaśpiewać Jej
„Ojczyznę wolną pobłogosław Panie”


***

JAŃCIA

Matkowała wszystkim siostrom.
To ona wiedziała najlepiej

WANDA


                      

                                    najstarsza córka
                                    urodzona w 1898 roku


ukochana córeczka Prababci Ludwiki i jej prawa ręka … to Wandzia była w domu głównodowodząca ... to ona zajmowała się utrzymaniem w ryzach młodszych dzieci … to ona wprowadzała dyscyplinę … zawsze pod ręką … zawsze do pomocy …


                     


Wanda pracowała w Sądzie.
W tym samym sądzie, co Pradziadzio Franciszek … nie wiem, czy na swoje szczęście , czy też na nieszczęście, poznała tam pewnego uroczego i przystojnego radcę prawnego. Radca był wytworny, przyjeżdżał ze Lwowa … inteligentny, szarmancki, z manierami … miał tylko jeden maleńki mankament – był rozwiedziony … no i tu rozegrał się rodzinny dramat – Franciszek autorytatywnie stwierdził, że w naszej rodzinie nie bywało rozwodników , a skoro nie bywało to i nie będzie i on jako ojciec nie wyraża zgody na małżeństwo córki … tak więc córka cierpiała , kochała, wzdychała i niezmiennie pozostawała w stanie panieńskim … Radca również w stronę innych kobiet nie spoglądał ale sprzeciwić się nie odważył…
I tak Wandzia nigdy za mąż nie wyszła, nie miała też swoich dzieci … matczyne uczucia przelała na siostrzenicę, Danusię, moją mamusię …
                   
               

tutaj z moją mamusią Danusią
na rok przed wybuchem wojny
zdjęcie zrobione w Złoczowie

Może by i Wandzia za mąż wyjść zdążyła ale nadszedł rok 1940. Zzy los nie wybierał - Rosjanie wywieźli na Sybir i ojca i córkę, zbrodnią była przecież wtedy praca w sądzie. Ciubaryki  brali z łapanki, jak popadnie, inteligencja to była dla nich swołocz.
Pradziadzio Franciszek, kiedyś dumny i silny mężczyzna, przeżył na Syberii tylko pół roku i to właściwie przeżył dzięki Wandzie, która chorym ojcem się zaopiekowała. Sprzedawała wszystko co mieli przy sobie i co jakimś cudem rodzina przesyłała, kupowała za to kartofle i cebule. Jeden raz kupiła nawet najprawdziwszą kurę i ugotowała Franciszkowi rosół , o tym rosole cała rodzina czytała ze łzami. Ale siły starego człowieka opuszczały i nic na to poradzić nie mogła. W dzień swoich 74 urodzin Franciszek położył się do lóżka, postawił obok zdjęcie swoich córek, to, które opublikowałam wcześniej na blogu, a potem – umarł ….
Wanda została samiuteńka w dalekim i obcym kraju.
Pisała listy do domu. ten o śmierci Franciszka doszedł szybko, potem listy przychodziły coraz rzadziej …

Nikt nie wiedział co z Wandzią się dzieje aż do roku 1942, kiedy to, po umowie Sikorski – Majski, generał Anders utworzył w Związku Radzieckim Polskie Siły Zbrojne i przystąpił do ewakuacji zarówno wojska jak i cywilnych zesłańców z więzień i łagrów.
Ewakuowali się do Iranu. N nadeszła wyśniona wolność.
Podobno wracała szczęśliwa. Nie wróciła. Pamiątki przywiozła rodzinie jej przyjaciółka, też Sybiraczka.
Wandzia chorowała na pęcherz i na każdym przystanku wychodziła z wagonu. Transportu pilnował wtedy młody Rosjanin, znudziło mu się widać i pociągnął za spust. Seria była krótka a potem cisza … po chwili pociąg ruszył.

Została w śniegu … na torach …
jakieś głodne zwierzę pewnie miało smaczną kolację …


***

CÓRKI

było ich osiem
 na zdjęciu stoją wszystkie ...
      

po kolei :

WANDA - Wandzia;    ur.1898r,  zm. 1942r
JANINA - Jańcia Sobota;   ur.1901r,  zm.1969r
GIZELA - Gizia Niedziela;   ur.1907r,  zm.1990r
WALERIA - Wala Wtorek;   ur.1903r,  zm.1959r  moja Babcia
ZOFIA - Zosia Piątek, (Lasia);    ur.1906r,  zm.1984r
KAZIMIERA - Kajcia Środa (bolszewik);   ur.1910r,  zm.1993r
HELENA - Hela Czwartek;   ur.1912r,  zm. ?
LUDMIŁA - Lila Poniedziałek;  ur.1915, mieszka w Olsztynie


jeśli ktoś wcześniejszych tekstów nie czytał to wyjaśniam , że każda z sióstr, prócz głównodowodzącej Wandzi, miała dyżur w określonym dniu tygodnia ... od tego dnia dostawała imię ...  
a dlaczego Kajcia nazywana była w domu "bolszewik" opowiem jak na Kajcię przyjdzie kolejka ...


 ***


tak wyglądały w dorosłym życiu ...


                    
WANDA - Wandzia głównodowodząca  
 ur.1898r,  zm. 1942


                    
JANINA - Jańcia Sobota  
ur.1901r,  zm.1969r

                       
                    
WALERIA - Wala Wtorek  moja Babcia
ur.1903r,  zm.1959r 

                   
                    
ZOFIA - Zosia Piątek  
 ur.1906r,  zm.1984r


                    
 GIZELA - Gizia Niedziela  
 ur.1907r,  zm.1990r


                    
KAZIMIERA - Kajcia Środa  
ur 1910r, zm.1993r


                    
HELENA - Hela Czwartek  
ur. 1922, zrm. 1947(?)


                    
LUDMIŁA - Lila Poniedziałek
ur.1915 , mieszka w Olsztynie


Fotografie ułożyłam po kolei, zgodnie z wiekiem sióstr.
Wszystkie siostry, poza Wandzią, skorzystały z zamieszania wojennego i "wymieniły sobie" dowody osobiste, przy okazji ujmując nieco latek.
I tak zrobiły się niechcący po trzy z jednego roku. Nie zapomnę dyskusji kuzynek Danusi: moja mamusia jest z 1907, jak to, moja jest z tego roku, no nie żartujcie, przecież moja ...

Prawda wychodziła na jaw dopiero po obejrzeniu skrzętnie ukrywanych aktów urodzenia sióstr kresowianek ..


***

SYBERIADA MOJA

Wielu z nas ma swoją Syberiadę.
Pożółkłe listy stamtąd, strzępy telegramów, jakieś fotografie a w nich zapisana miłość Ojczyzny, wielka tęsknota, czasem strach, czasem ból a czasem zwykłe zmartwienie jak przeżyć, jak znaleźć cokolwiek do zjedzenia, jak się ogrzać, jak kontakt ze swoimi nawiązać.

Wyciągnęłam rodzinne pamiątki.
Smutne historie o bliskich, wyrwanych z Ojczyzny i z domu, wywożonych w bydlęcych wagonach, nieludzko traktowanych a czasem w bestialski sposób mordowanych
Jedni wrócili stamtąd, inni - nie.

Moja Syberiada to historia pradziadka Franciszka, jego córki Wandzi, jego syna Stasia i jego wnuka Zbysia.

Rok 1940.
Złoczów akurat okupują Rosjanie.
Ciemna noc i nagle łomotanie do drzwi, w domu starsze małżeństwo z córka. Nie ma co się kryć, i tak drzwi rozwalą. Wpadają z hałasem, dwóch młodych ciubaryków. Nu dawaj – zabierają Franciszka i Wandzię, z łaski dają 10 minut na zabranie podręcznych rzeczy i popychają kolbami wrzeszcząc – swołocz !!!
Ludwikę zostawiają, chora babcia nie jest im do niczego potrzebna, oni chcą Franciszka, chcą Wandy, chcą polską inteligencką swołocz wytępić jak pluskwy. Za co ? za to, że w sądzie pracować się ośmieliła.


   


Takich starszych panów z wąsami nienawidzą do granic możliwości. Takich panów pod ścianę albo na białe niedźwiedzie.


    


Takie delikatne panienki to dla nich wróg, swołocz grożna dla tamtego syatemu, tak grożna, że trzeba się jej natychmiast i bezwarunkowo pozbyć.

Ze Lwowa wyrusza transport.
W Złoczowie doładowują, upychają na siłę przeładowane wagony. Ludzie ściśnięci jak śledzie, jakieś prycze, jakieś koce, na środku podłogi dziura w wiadomym celu. Jeśli po drodze ktoś umrze nie zatrzymują się, jedzie z żywymi aż do przystanku a przystanki rzadko.

Najpierw jest bezdenna rozpacz a potem starają się jakoś zebrać, jakoś przetrwać. Zaczynają odnajdywać się w tamtym okrutnym świecie. Świat przeciwieństw i kontrastów, jest kat - jest wybawca.
Tamci zwykli ludzie mają wielkie serca sami czasem od ust sobie odbiorą i podzielą się z przybyszami.

Trzeba żyć, trzeba przeżyć. Kobiety idą do lasu, w  czterdziesto stopniowym mrozie zbierają żywicę. W powietrzu oddech zamarza. Mężczyznom przypadają kopalnie, zwykle kopalnie ołowiu.
Miejscem nadziei jest wtedy pocztowyj jaszczik. Tam przychodzą wieści z dalekiej ojczyzny, od rodziny której nie ma się nadziei zobaczyć.





Wszyscy szukają swoich, na początku nie wiadomo kto ocalał, kogo gdzie zawieżli, komu udało się w Ojczyżnie pozostać.

A potem życie normalnieje, stała walka z głodem, chłodem, chorobami, donosicielami.
Pradziadzio Franciszek, kiedyś dumny i silny mężczyzna, przeżył na Syberii tylko pół roku i to właściwie przeżył tylko dzięki Wandzie, która chorym ojcem się zaopiekowała.
Pisał listy, długie piękne listy do całej rodziny, do Ludwisi, ukochanej żony, do swoich siedmiu córek, które w Ojczyżnie zostały i do synów.


 


                  Syberia Borowoje 20.9.1940

To fragment listu Franciszka do Walerii, mojej babci a jego córki. Są tu całusy dla ukochanej wnuczki Danusi. Danusia, moja mamusia, miała wtedy sześć lat i była ulubienicą całej rodziny.

Wandzia sprzedawała wszystko, co mieli przy sobie i co jakimś cudem rodzina przesyłała. Kupowała za to kartofle i cebule, jeden raz kupiła nawet najprawdziwszą kurę i ugotowała Franciszkowi rosół.
O tym rosole cała rodzina czytała ze łzami. Ale siły starego człowieka opuszczały i nic na to poradzić nie mogła. W dzień swoich 74 urodzin Franciszek położył się do lóżka, postawił obok zdjęcie swoich córek, a potem – umarł.

Wanda została samiuteńka w dalekim i obcym kraju. Pisała listy do domu. Ten o śmierci Franciszka doszedł szybko, potem listy przychodziły coraz rzadziej. Przyszedł rok 1942, kiedy to, po umowie Sikorski – Majski, generał Anders utworzył w Związku Radzieckim Polskie Siły Zbrojne i przystąpił do ewakuacji zarówno wojska jak i cywilnych zesłańców z więzień i łagrów.
Ewakuowali się do Iranu. Nadeszła wyśniona wolność.
Podobno wracała szczęśliwa … nie wróciła. Pamiątki przywiozła rodzinie jej przyjaciółka, też Sybiraczka.
Wandzia chorowała na pęcherz i na każdym przystanku wychodziła z wagonu. Transportu pilnował wtedy młody Rosjanin, znudziło mu się widać i pociągnął za spust - seria była krótka a potem cisza … po chwili pociąg ruszył.
Została w śniegu, na torach, jakieś głodne zwierzę pewnie miało smaczną kolację.

Ojciec i córka - zostali tam, w krainie śniegów, na zawsze.

                                       *

I druga syberyjska historia.

Rok 1940.
Stasiu, syn Franciszka, mieszka w Lublinie ale na wieść o chorującej ciężko mamie jedzie na Kresy do Złoczowa.
A w Złoczowie Rosjanie.

Dla ciubaryków polski oficer to szpion.
W przypadkowej łapance Stasiu dostaje się w łapy Bolszewików. Już oni wiedzą, co zrobić, aresztują pod zarzutem szpiegostwa i - w tiurmu!!

Aresztowanych polskich oficerów osadzali wtedy w więzieniu, na Zamku Sobieskiego a wcześniej przesłuchiwali w NKWD. Moja Mamusia dokładnie pamięta te czasy, mieszkała wtedy na ulicy Legionów, naprzeciwko gmachu NKWD. Nocą słyszała jak pod oknami Rosjanie prowadzili naszych na przesłuchania. Oficerowie śpiewali, wśród nich był jej wujek – Stasiu.

Straszne to były przesłuchania - oficera wkładano do żelaznej szafy, zamiast podłogi szafa miała stalowy ruszt, pod rusztem zapalano ogień i tak zmuszano do zeznań. No – nie tylko tak. Stasiowi połamali jeszcze żebra i powybijali zęby. Mamusia opowiadała, że rodziny mogły zabierać bieliznę więźniów do prania. Wszyscy płakali na koszulami Stasia, całe były we krwi.





Tiurma NKWD – gorod Zołoczew, kwiecień 1940 roku.
Część oficerów rozstrzelano, część wywieziono na Sybir.
Nasz Stasiu był wśród tych drugich.


   


To Stasiu na dalekiej Syberii.
Tak wyglądał skazaniec - polski oficer.

Od chwili zesłania kontakt ze Stasiem się urwał. Rodzina nie wiedziała co się z nim dzieje, nie wiedziała nawet czy żyje, do Stasia nie docierały też wieści z domu. Nie miał pojęcia że na Syberię właśnie wywieźli Zbysia, jego syna.
Takim sposobem w kraju białych niedźwiedzi wylądowały trzy pokolenia mężczyzn z rodu Zielińskich –
dziadek, ojciec i syn. Każdy gdzie indziej.

Aż nadszedł rok 1941 - Generał Anders formował  Polskie Wojsko, z jeńców i zesłańców na Sybir. Porucznik Stanisław stawił się w pierwszym terminie.
Opowiadałam już tu jego historię, opowiadałam o spotkaniu z synem.





To kartki, które do siebie pisali.
Pocztowaja kartoczka – największa radość, znak, że są żywi.





Tak dziwnie i obco brzmią nazwy, Bucharskaja Obłast, Dżałał Abad. Straszny, zimny, obcy świat.
Stasiu i Zbyszek z tamtego świata wrócili.
Ich Syberiada zakończyła się wolnością.


Janusz Zaorski nakręcił dawno wyczekiwany film, oparty na doświadczeniach własnej rodziny.
Nie widziałam filmu, nie wiem jaki jest.

Ale wiem jedno – jest bardzo potrzeby

STANISŁAW CD

                           to Stasiu na dalekiej Syberii

                   
                    
                      tak wyglądał skazany polski oficer ...


od chwili zesłania  kontakt ze Stasiem się urwał … rodzina nie wiedziała co się z nim dzieje, nie wiedziała nawet czy żyje … do Stasia nie docierały też wieści z domu… aż nadszedł rok 1941 - Generał Anders formował  Polskie Wojsko, z jeńców i zesłańców na Sybir … porucznik Stanisław stawił się w pierwszym terminie …
Dostał mundur, zakwaterowanie i przydzielono mu funkcję naboru żołnierzy … i tu spotkało go coś niebywałego, historia  jak z filmu … pewnego dnia porucznik Stanisław przyjmował kolejnych, zgłaszających się do wojska … wszedł żołnierz
- imię i nazwisko – rzucił Stasiu, nie podnosząc głowy
- Zbigniew … nie dokończył, nie musiał … Stasiu usłyszał znajomy głos i podniósł oczy – przed nim stał najstarszy syn …
Skąd mógł wiedzieć, że młodego chłopaka, studenta, też zwinęli bolszewicy  …
                           


                     
                      z synem Zbyszkiem w Iraku - 1942 rok


ojciec z synem razem przeszli, z generałem Andersem, cały szlak bojowy
najpierw był Irak …



                         
                          w San Elpidio, we Włoszech - 1945


a potem front włoski … aż do bitwy pod Monte Cassino … walczyli obaj
na koniec obaj wylądowali z wojskiem w Anglii …



                      
                      Anglia 1947 rok


do kraju od razu wrócić nie mogli, wszak byli wrogim elementem …
Zbyszek został w Anglii, tam się ożenił a potem wyjechał z żoną do Stanów, niestety na zawsze.



                     
                      Stasiu i Stefa po powrocie z Anglii


Stasiu zdecydował się na powrót do Polski, ze wszystkimi tego konsekwencjami … wrócił na początku 1948 roku, zamieszkał z żoną Stefą w Lublinie … on – dumny oficer, musiał się ukrywać, żeby móc żyć w Ojczyźnie … w Ojczyźnie, która takich jak on nie tylko nie chciała ale wręcz chętnie się pozbywała – najlepiej na wieki …



                      
                      starsi państwo na ławeczce w Lublinie


                      w 1957 roku  umarła  Stefa …
                     
                      Lublin - Stasiu i Jurek, młodszy syn
                      nad grobem Stefanii ...


Stasiu nie ożenił się po raz drugi , do końca swoich dni mieszkał w Lublinie … zmarł w roku 1969
nie doczekał prawdziwie wolnej Polski…




                                                ***